Wojciech Smarzowski (którego całe życie będę kojarzyć jako tego siwego okularnika w spranej zielonej kamizelce i kaszkiecie z Kina Marzenie w Tarnowie) nakręcił 7 filmów pełnometrażowych. Po raz pierwszy z jego twórczością zapoznałam się w kinie, gdy w lutym 2012 razem z koleżanką oglądnęłyśmy Różę. Pamiętam, że przed seansem zastanawiałyśmy się, co takiego nas w nim czeka, że film jest od 18 lat… jak wychodziłyśmy z kina, z szoku nie potrafiłyśmy wymówić ani jednego słowa. Nigdy jeszcze (a przynajmniej od czasów przedpremierowego seansu Katynia, na którym kino pełne było rodzin ofiar – ciężkości tamtej ciszy nic już chyba nie pobije) tak bardzo nie przeżyłam napisów końcowych. W nocy nie mogłam zasnąć, a film przeżywałam ze trzy dni. I już pewnie nigdy więcej go nie oglądnę (choć jest jednym z lepszych polskich). Bo do traumy (nawet tej przepracowanej) wraca się niechętnie. A najlepiej w ogóle. Wiedziałam, że z Wołyniem będzie tak samo. I jest.
[źródło: film.onet]










