Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muse. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muse. Pokaż wszystkie posty

05/02/2020

2019: Teignmouth

Wizytę w Teignmouth, jak każdy Muser (tak przynajmniej przypuszczam), miałam na swojej Bucket liście od dawna – to w końcu swoista mekka Muse.


Planując moje małe koncertowe tournée po południu Wielkiej Brytanii, małą nadmorską miejscowość wzięłam więc za oczywisty przystanek pomiędzy Bristolem a Manchesterem.

23/11/2019

You are my Muse

Trochę z opóźnieniem, ale przedzieram się przez depresję po-koncertową. Przecież widziałaś to samo show 6 razy, jak ci się nie znudziło? Pytają nieświadomi nałogowych realiów znajomi – zdecydowanie wolę tych, którzy na moje plany zakupu nowego komputera śmieją mi się w twarz, bo przecież zanim cokolwiek odłożę, Muse pewnie znowu coś ogłosi, he he. Wiecie, moja nowa znajoma z Australii też wyjeżdżała do Europy z naiwnym założeniem, że jak ich przedawkuje to jej się znudzi i wypadną z krwiobiegu, a wracała w jeszcze gorszym stanie, bo przez przypadek została ćpunem pierwszego rzędu (ups, ale nie, nie jest mi przykro). To po prostu nie jest coś, czym można się znudzić. Myślicie, że jak ćpun weźmie heroinę 15 razy to po raz 16 już nie sięgnie, bo “mu wystarczy”?


No więc w drodze do pracy, wsłuchując się w jedną ze starych płyt, snując refleksje nad mijającym właśnie rokiem i moim życiem tak w ogóle (deszczowa pogoda tym refleksjom bardzo sprzyja), pomyślałam sobie, że większość moich życiowych zasad i drogowskazów (o których niejednokrotnie tu pisałam) można by cytować tekstami Muse.
Czemu by więc ich tu nie zebrać?

26/08/2016

Muse: one very special day

Kraków Live Music Festival i ich ONE EXTRA DAY z Muse był datą wyjątkową od samego początku, bo nie dość że było to to samo miejsce (i w sumie ten sam festiwal) gdzie zobaczyłam ich po raz pierwszy (a równocześnie i moje pierwsze pełnowymiarowe, koncertowe doświadczenie), to jeszcze równiusieńko (niemalże co do godziny) 6 lat później. Ale mimo to, byłam święcie przekonana, że o tym koncercie nie napiszę nic, szczególnie, że Pragę na blogu przemilczałam. Nie spodziewałam się po nim niczego nadzwyczajnego: ostatnie festiwalowe setlisty nie zapowiadały żadnych niespodzianek, a po Pradze (gdzie nie zagrali nic, czego bym wcześniej nie słyszała) wolałam nie robić sobie jakichkolwiek nadziei. Jedyne na czym mi zależało to barierka w moim mieście. Ale człowieku! Idź na koncert Muse bez oczekiwań, to ci dojebią z grubej rury tak, że ugną się pod tobą kolana.
Ja po tej niedzieli to już mogę, kurwa, umierać.

11/03/2016

Muse at Bercy

Jadąc do Paryża, wcale nie planowałam pisać kolejnego (dla wielu przynudzającego i/lub zbyt wulgarnego) tekstu o Muse, bo myślałam, że już nic nowego i ciekawego nie będę miała w tym temacie do powiedzenia. Emocje ogromne jak zawsze (może nawet ogromniejsze, bo wciąż sprawdza się niemożliwe), co tu więcej można powiedzieć?
No okazuje się, że można. I to sporo.  

19/06/2015

Za co kocham Muse

Ich: dwadzieścia jeden lat, siedem albumów studyjnych, siedem tras koncertowych (tudzież er) i cztery albumy koncertowe. Moje: przeszło sześć lat, jedenaście płyt na półce, trzy książki, cztery koncerty i trzy najbardziej ekscytujące premiery muzycznych krążków w moim życiu.
Jestem gotowa opowiedzieć Wam (lub przynajmniej podjąć się takiej próby) za co tak bardzo kocham Muse. Bo to, że ich kocham – i to kocham bezwarunkowo, bezgranicznie i obsesyjnie – powinniście już brać za absolutny pewnik.

30/09/2013

Crying Shame

Inspiracja do odsłuchania TUTAJ. 

1
Too late yeah baby it’s too late
And time has made the spell abate
Now it’s time to desecrate

Wpadłam na Nią rok temu na Krakowskim rynku. Niespodziewanie. Przez krótki moment nie byłam nawet pewna skąd znam tą twarz. Po tylu latach przyjaźni. I nawet nie było mi z tego powodu wstyd. A jednak, gdy dotarło do mnie, że to Ona i że bezpośrednie starcie jest już nieuniknione, serce podeszło mi do gardła. Przecież nawet nie miałam pojęcia, co tam studiuje. Przez ostatni rok w ogóle nie pamiętałam o jej istnieniu.
- Cześć – uśmiech numer pięć.
- Hej – jej uśmiech zdawał się mnie parzyć od środka.
I ta krótka chwila niezręcznej ciszy. Nawet nie patrzyłyśmy już sobie w oczy, gorączkowo zastanawiając się, co w ogóle wypada powiedzieć. Bo co można powiedzieć po blisko dwuletnim milczeniu? Czy nie prościej byłoby przejść obok siebie obojętnie, jak dwoje obcych sobie ludzi, którymi i tak się stałyśmy? Przecież tak rzadko bywam w Krakowie, większość mojego czasu spędzam w Warszawie, takie spotkanie już na pewno się nie powtórzy, to był najzwyklejszy przypadek, złośliwość losu, kolejny dowód na to, że „świat jest mały”…

19/08/2013

Muse at Emirates

LONDON zdjęcia: part I, part II, part III, partIV
WSTĘP DO TEMATU: tutaj.

Wiecie jak to jest z marzeniami: z początku zawsze wyglądają niewinne, ale z czasem przybierają na sile do tego stopnia, że zaczynają dusić. Do koncertu odliczałam dni od 22 listopada. Łatwo z tego wywnioskować, że moja ekscytacja miała wystarczająco dużo czasu by urosnąć do niebotycznych rozmiarów. Już szczególnie, że moje koncertowe marzenie zeszło się z drugim, o znacznie dłuższym stażu: miałam w końcu zobaczyć Londyn. I to całkiem sama. W efekcie, przed koncertem tak naćpałam się Brytyjskim powietrzem, że w stronę stadionu zmierzałam kompletnie otumaniona emocjami – i to bynajmniej nie koncertowymi. Drugi dzień unosiłam się nad chodnikami i nie wyobrażałam sobie, żeby życie mogło być piękniejsze. Nie bardzo do mnie docierało, że oto nadszedł finał mojego wyczekiwania i odliczania, że to już, teraz, zaraz. Obawiałam się trochę, że z nadmiaru szczęścia i emocji rozpadnę się na drobne kawałki. Lub samoistnie wybuchnę.

29/05/2013

Muse encourages

[tj. relacja z Londynu, wstęp]

22 sierpnia 2010 roku, 24 godziny po tym jak zobaczyłam Ich po raz pierwszy na żywo, nakreśliłam w swojej rozhisteryzowanej notce (na dawno już nieistniejącym blogu) następujące, pamiętne słowa: I jeśli po wydaniu następnego krążka nie uda mi się pojechać na Wembley, uznam to za największą porażkę mojego życia. Żadne koszty, żadne męczarnie mnie nie wystraszą. Zrobię dla takich przeżyć wszystko i stokroć więcej.
Co prawda Wembley wciąż jeszcze przede mną, ale jako że z promocją The 2nd Law już pewnie tam nie zawitają, z mojego postanowienia wywiązałam się po mistrzowsku: nic mnie nie wystraszyło i pierwsze (śmiało zakładam, że bynajmniej nie ostatnie) stadionowe widowisko w Londynie mam już za sobą! Ah, i co to było za przeżycie!

Ujmując cały zeszły weekend w kilku słowach: trzy przepiękne dni życia własnym marzeniem. I to nie jednym, ale dwoma na raz!

29/11/2012

Muse in Poland

Kama mnie trochę wyprzedziła w kwestii relacji, dlatego część poniższego posta jest powtórką z rozrywki. Na żadne recenzje kusić się nie będę, z tej oczywistej przyczyny, że jako psycho-fanka nie potrafię na nich spojrzeć obiektywnie – tak więc po recenzje odsyłam w Google, do lepszych i gorszych fachowców, a po moje odczucia TUTAJ.
A poniżej krótka relacja z trzech najpiękniejszych dni w moim życiu ;)

Łódź od Tarnowa dzieli spora odległość, ale w doborowym towarzystwie kilkugodzinna podróż PKP była wyłącznie przyjemnością: nasz przedział był przedziałem bardzo radosnym i w Łodzi Kaliskiej wysiedliśmy w doborowych humorach ;)


25/11/2012

I've lived my dream

Nie ogarniam niczego.
Wszystko mnie dzisiaj zaczęło boleć, nie mogę się śmiać, nie mogę dotykać żeber, przez telefon z nikim nie umiem się porozumieć, a twarzą w twarz mogę jedynie szeptać. Ale to mnie tak cholernie cieszy! Bo to dowód, że nie śniłam. To działo się naprawdę.
To wielkie marzenie przemienione we wspomnienie nie do zdarcia. Kolejny punkt w moim 21 letnim życiu, do którego powrót samymi myślami będzie wywoływał uśmiech na twarzy i łzy szczęścia w oczach. Punkt, w którym naprawdę czułam, że żyję, całą sobą, pełną piersią, jakby świat miał się zaraz skończyć. Kolejny dzień, w którym świat po prostu nie mógł być ani odrobinę piękniejszy. Kolejne wspomnienie, które będzie dodawać siły, wiary i energii za każdym razem, gdy poczuję, że mi jej brakuje.

19/11/2012

FREAK OUT!

Chcę, żeby wszystko było idealnie. Zgrane, zsynchronizowane, zgodne ze skrupulatnie ułożonym planem, na czas, bez opóźnień i komplikacji. Pełnia szczęścia. Nie da się? Że niby zawsze zostaje jakieś „ale-bo” lub lekki powiew niepewności i niechcianej zależności od rzeczy/osób/zjawisk trzecich? Pierdu, pierdu, moi drodzy.
Trouble will surround you, start taking some control.

11/09/2012

ZDJ: Muse Inspires pt VI

Wstęp do tematu, czyli o mojej obsesji możecie przeczytać TUTAJ.
Część pierwsza TUTAJ, część druga TUTAJ, część trzecia TUTAJ, część czwarta TUTAJ, i część piąta TUTAJ.

__________________________
MUSE INSPIRES część szósta: autoportrety (znowu).


Falling Down (klik - pierwszy krążek) – zdjęcie wykonane z pomocą Monii:

 

20/01/2012

ZDJ: Muse Inspires pt V

Wstęp do tematu, czyli o mojej obsesji możecie przeczytać TUTAJ.
Część pierwsza TUTAJ, część druga TUTAJ, część trzecia TUTAJ, a część czwarta TUTAJ.

       __________________________
       MUSE INSPIRES część piąta: autoportrety (znowu). 



Skutek uboczny przeboju zeszłorocznego stycznia - tj. Recess (w dyskografii numer 4 na Hullabaloo Soundtrack CD 1): Hope Suffociating:

12/11/2011

Niemoc

KONIECZNIE Z DEAD STAR!

Najgorsze jest poczucie niemocy.
Bezsilność.
Uczucie tak przytłaczające, że nawet walenie pięściami o ściany, rwanie sobie włosów z głowy i wykrzykiwanie najgorszych przekleństw nie przynosi żadnej ulgi.
Chciałbyś coś zmienić, ale nie możesz. Nagle, bez żadnego uprzedzenia, zdajesz sobie sprawę, jak bardzo jesteś słaby, jak mało znaczysz, jak niewiele możesz sam zdziałać, od jak wielu rzeczy jesteś uzależniony.
Wczoraj byłeś panem swojego życia, a dziś nie możesz dojść z nim do ładu.  
Potłuczone marzenia. Rozwiane nadzieje. Rozproszone sny.
Miasto iluzji rozsypane w drobny pył.
Boli każdy kolejny oddech.

06/09/2011

ZDJ: Muse inspires pt IV

Wstęp do tematu, czyli o mojej obsesji możecie przeczytać TUTAJ.
Część pierwsza TUTAJ, część druga TUTAJ, a część trzecia TUTAJ.

___________________________
MUSE INSPIRES część czwarta: autoportrety. 


Ckliwe Endlessly (trzeci album – Absolution) w dwóch częściach: 


One: Part Of Me:

21/08/2011

ZDJ: Muse Inspires pt III

Wstęp do tematu, czyli o mojej obsesji możecie przeczytać TUTAJ.
Część pierwsza TUTAJ, część druga TUTAJ.

Przy okazji: dziś mija równy rok od najpiękniejszej nocy w moim życiu. Gdybym miała taką możliwość, wracałabym do niej w każdej wolnej chwili, nie zważając na skutki uboczne w postaci fizycznego bólu. Siniaki, obite żebra itd. dotkliwie odczułam dopiero dwa dni po, gdy ekstaza straciła na mocy, a organizm zaczynał z powrotem kontaktować z mózgiem. Moje wspomnienia z tamtej nocy na pewno są mocno wyidealizowane, zwłaszcza, że, tak po prawdzie, nie pamiętam zbyt wiele: wspomnienia autentycznych wydarzeń przysłaniają mi wspomnienia gigantycznych emocji. Z tego co działo się na scenie i wokół niej pamiętam jedynie urywki, ale za to wyraźnie wyryła mi się w pamięci każda emocja. Pamiętam gulę w gardle, pamiętam wilgoć w kącikach oczu, pamiętam tę nieopisaną energię, która wstępowała we mnie za każdym razem, gdy myślałam, że już nie dam rady dłużej skakać i drzeć się ile sił w płucach. Pamiętam, że śmiech mieszał mi się ze szlochem, a słowa ze sceny dosłownie we mnie uderzały. Pamiętam, że każde kręcenie się w głowie błyskawicznie niwelowało krótkie spojrzenie w Ich stronę, a powietrze, którego nieustannie brakowało, stawało się sprawą drugorzędną w obliczu dudniącej w uszach (i brzuchu) muzyki. Nie ma na tym świecie słów i sformułowań, które pomogłyby mi odpowiednio to opisać. Ale dałabym wiele by móc znowu stać w tym tłumie i doświadczać tego, co bije na głowę najpiękniejszy sen.

___________________________
MUSE INSPIRES część trzecia.

28/06/2011

ZDJ: Muse Inspires pt II

Wstęp do tematu, czyli o mojej obsesji możecie przeczytać TUTAJ.
Część pierwsza TUTAJ.
__________________________
MUSE INSPIRES, część druga: autoportrety.

Chyba w nic nie wierzę bardziej, jak w ich muzykę. Mam wrażenie, że to ona trzyma mnie przy zdrowych zmysłach. Ich muzyka jest dla mnie niezastąpiona: skłania do przemyśleń, mobilizuje do działania, zwraca moją uwagę na rzeczy, koło których dawniej przechodziłam zupełnie obojętnie. Ich muzyka wzrusza, dodaje siły. Często mam wrażenie, że jedna linijka ich tekstów mówi więcej niż milion moich własnych słów. Dlatego też każdy kolejny autoportret inspirowany ich tekstami ma dla mnie wyjątkowe znaczenie.
Aczkolwiek zacznę od tych mniej znaczących.


Musemania - bo słuchanie Muse to sama radość (;

21/05/2011

ZDJ: Muse Inspires pt I

Wstęp do tematu, czyli krótką historię mojej obsesji możecie przeczytać TUTAJ.

Jako, że moje życie w dużej mierze kręci się wokół muzycznego trio z Devon, tak i na blogu zabraknąć ich nie może. Z biegiem czasu, Muse, oprócz oczywistej i nieprzerywanej obecności w moich słuchawkach (i głośnikach), zaczął pojawiać się również na zdjęciach. I stąd pomysł na serię postów pt. „Muse Inspires”, gdzie pojawiać się będą kadry inspirowane - pośrednio bądź nie - Ich muzyką. 
Nie będę się silić na wysublimowane i szczególowe opisy: wychodzę bowiem z założenia, że zdjęcia i muzyka będą mówić za siebie. 
Przed Wami część pierwsza. Enjoy. 

___________________________
MUSE INSPIRES, część pierwsza. 


Mój pierwszy poważniejszy projekt zdjęciowy (a i pierwszy tak w ogóle) inspirowany Muse: czteroczęściowa seria zdjęć, nosząca tytuł piosenki City Of Delusion (czwarty album – Black Holes And Revelations). Choć z piosenki bezpośrednio zapożyczyłam tylko tytuł, a zdjęcia do najnowszych nie należą, to wciąż są to jedne z najważniejszych dla mnie ujęć. Na zdjęciach uwieczniłam "złudny" Tarnów, a mówiąć ściślej: ulicę Wałowa, Krakowską, mauzoleum Bema w Parku Strzeleckim, oraz panoramę Tarnowa z Marcinki. City Of Delusion:

22/04/2011

Histeria

Znowu wróciłem późno. Odurzony alkoholem, który wypiłem w ciasnym i dusznym pubie naprzeciwko Twojego mieszkania, ledwie trafiłem do hotelowego pokoju. Z hukiem zatrzasnąłem drzwi z numerem sto trzydzieści. Nie pomyślałem o otworzeniu drzwi na balkon, czy choćby uchyleniu okna. Zaduch wcale mi nie przeszkadzał, po prostu nie zwracałem na niego uwagi. Nie pamiętam żebym się mył, rozbierał czy cokolwiek jadł. Nie pamiętam nic. Kamera wylądowała na fotelu, a ja na łóżku. Film szybko mi się urwał.
Obudziłem się w południe następnego dnia. Było piekielnie gorąco, słońce waliło po ciemnych zasłonach, robiąc z hotelowego pokoju prawdziwą saunę. Czułem jak włosy przyklejają mi się do czoła. Nie miałem siły zwlec się z łóżka i otworzyć balkonu. To był zbyt duży dystans. Stać mnie było jedynie na zdjęcie przepoconej koszulki i zrzucenie pościeli na ziemię. Leżałem półnagi, rozwalony na dwuosobowym łóżku. W skroniach mi pulsowało.

14/04/2011

My Muse

Nie słucham muzycznych gatunków. Słucham MUSE.
Ostatnio w nic nie wierzę bardziej, jak w moc ich muzyki.


A wpadłam na nich w najbardziej pospolity z możliwych sposobów. Był 7 grudnia 2008 roku, gdy siedząc w Krakowskim Multikinie na przedpremierowych pokazach pierwszej części „Zmierzchu” (nie zaprzeczę: miałam potężną fazę na książki) pierwszy raz usłyszałam Supermassive Black Hole. Piosenka zapadła mi w pamięć z jednego powodu: sądząc po pierwszych dźwiękach, spodziewałam się, że wokalista poruszy moje serce niebywałym basem, a tu mi wyskoczył Matthew James Bellamy z jego cienkim „oh, baby, don’t you know I suffer?”. Nie wiedzieć czemu, bardzo mnie to ujęło i po powrocie z kina Supermassive zostało moją tapetową piosenką. Ot, faza jakich wiele.

GRAFIKA

Wszystkie zdjęcia widniejące na blogu (łącznie z nagłówkiem) są mojego autorstwa :)