Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka. Pokaż wszystkie posty

17/05/2018

Przerażony Królik

Pogoda od tygodnia rozpieszcza Edynburg słońcem, więc zrobiłam sobie dziś dzień wolnego i pojechałam poczytać książkę na moją ukochaną Cramond Island. Że humor miałam raczej pustelniczy, to zapuściłam sobie w słuchawkach melancholijnych Dry the River, których nie słuchałam od dobrych kilku miesięcy. Ale gdy już dotarłam na wyspę i wybrałam odpowiedni kawałek trawy na mój kocyk, mój wzrok zatrzymał się na widniejących w oddali mostach Firth of Forth. Z automatu zmieniłam więc ścieżkę dźwiękową na Frightened Rabbit i pozwoliłam świadomości zrobić swoje.
Bo słuchanie tych piosenek już nigdy nie będzie takie samo.

11/03/2016

Muse at Bercy

Jadąc do Paryża, wcale nie planowałam pisać kolejnego (dla wielu przynudzającego i/lub zbyt wulgarnego) tekstu o Muse, bo myślałam, że już nic nowego i ciekawego nie będę miała w tym temacie do powiedzenia. Emocje ogromne jak zawsze (może nawet ogromniejsze, bo wciąż sprawdza się niemożliwe), co tu więcej można powiedzieć?
No okazuje się, że można. I to sporo.  

19/02/2016

Lekcje muzyki

Do napisania tekstu o muzyce (tak ogólnie) zbierałam się jakieś dobre dwa lata. Bo widzicie, tekst o Muse to bynajmniej nie to samo, co tekst o muzyce. Muzyka to temat zbyt szeroki i zbyt… intymny właśnie. Brzmi trochę śmiesznie, bo trudno byłoby mi wskazać bardziej zażyłą relację od tej, która łączy mnie z Muse. A jednak: zdecydowanie łatwiej jest mi napisać kolejny tekst o Muse, niż pierwszy o muzyce samej w sobie. Dlaczego? Ba ja się na muzyce (w przeciwieństwie do Muse) w ogóle nie znam.
Tylko że któregoś pięknego dnia dotarło do mnie, że na muzyce wcale nie trzeba się znać, żeby coś o niej napisać. Wcale nie muszę być też przy tym oryginalna. I nie będę: nic nowego ani odkrywczego tutaj nie napiszę. Za to (jak zawsze) podzielę się z wami swoimi subiektywnymi przemyśleniami. Lekcjami właściwie.

14/08/2015

2015: Woodstock

Rok temu, opisując naszą (moją i Wojciecha) wizytę w Balado, napisałam, że za rok biorę namiot i jadę na Woodstock, żeby wreszcie w pełni doświadczyć festiwalowego szaleństwa. I choć nie bardzo miałam z kim ten namiot dzielić, ostatecznie i tak go od rodziny pożyczyłam, napisałam do kuzyna, podpięłam się do jego ekipy, spakowałam plecak i pojechałam.
I, kurwa, nie żałuję.
Bo ja bez mrugnięcia okiem, z miejsca kupuję cały ten festiwalowy motyw: miłość, przyjaźń, muzyka (czy w wersji angielskiej “love, peace, music”, gdzie przyjaźń z jakiegoś powodu ewoluuje na pokój). Bo to naprawdę jest najpiękniejszy festiwal na świecie.

09/06/2015

Meeow

Możecie mnie oskarżyć o stronniczość, bo osobiście znam wokalistkę tego zespołu, ale… nigdy nie ukrywałam, że mój stosunek do muzyki (szczególnie odkąd znam Muse) jest cholernie (i prawie wyłącznie) emocjonalny. Bo jak ja się w jakiś dźwiękach zakochuję, to na zabój.
Nie znam się na muzyce kompletnie (co czasem sprawia, że czuję się jak intruz na forum muse.mu), obiektywna być nie umiem (emocje zawsze biorą nade mną górę), ale tą miłością moją wielką dzielić czuję się niemalże w obowiązku. Dlatego Meeow nie może tu zabraknąć. Wszak warto napomknąć, że zrównali się w rankingu z Muse: ich na żywo też widziałam już trzy razy. I wciąż mi mało. Bo na scenie robią magię.
I stąd w ogóle to moje dzisiejsze wyznanie: bo jak coś – czy raczej ktoś – trzeci raz wyciska ci łzy szczęścia z oczu, i to te znane wyłącznie z największych koncertowych przeżyć, to po prostu wiesz, że oto wpadł kolejny materiał na muzyczną tapetę.

07/11/2014

Faza

Czasami od słuchawek w uszach zdaje się zależeć całe twoje życie.
Nie, to nie to, że rozmowy ludzi w autobusie / tramwaju odbierają ci resztki wiary w społeczeństwo i potrzebujesz sprawdzonego pocieszyciela. Nie, to nie to, że w mieszkaniu nad tobą z namaszczeniem i niebywałą gorliwością używają na przemian młotka i wiertarki i bezzwłocznie potrzebujesz zamknąć się w swoim świecie. I nie, to nawet nie to, że masz podły nastrój i potrzebujesz ukoić nerwy znajomymi dźwiękami.
Czasem po prostu musisz: założyć słuchawki, odpalić wołającą do ciebie gdzieś z otchłani nutę i bezproduktywnie zmarnować dwie, trzy lub dziesięć godzin.


25/08/2014

Sunny T

Już gdy otwierałam dokument Worda dzień po powrocie do domu, doskonale zdawałam sobie sprawę, że to nie będzie łatwy tekst do napisania. Emocje wciąż jeszcze (!) zawzięcie buzują w moich żyłach, a dobrej jakości nagrania na YouTubie bynajmniej im ostygnąć nie pomagają, co - jak nietrudno sie domyślić - dość znacząco utrudnia ubieranie myśli w słowa.

28/06/2014

T in the Park

Choć na usta bardziej ciśnie mi się soczyste: T in the fucking Park, kurwa!


Bez względu na czynniki zewnętrzne, od przeszło dwóch tygodni żyję na nieustannym haju. Haju muzyczno-emocjonalnym, ma się rozumieć.
Perspektywa tego, co wydarzy się w moje 23 urodziny zbija mnie z nóg dawką emocji rodem z maja 2013: równocześnie sram po gaciach (choć zdecydowanie mniej niż rok temu, bo pod ręką mam brata, który jedzie podbijać Szkocję razem ze mną) i rzygam tęczą na wszystkie strony. A to będzie dopiero początek. Początek tygodnia mojego życia.
Że jak?
Nie, nie wygrałam w totolotka.

17/11/2013

Łzy szczęścia

Łza szczęścia wciąż kręci się w moim oku. To taka miła odmiana!
Zapomniałam już jaką cudowną dawkę pozytywnej energii niesie ze sobą długo wyczekiwany koncert – matko, jak cudownie było znowu tego doświadczyć!
Po tym jak w listopadzie zeszłego roku kupiłam bilet na stadionowy Muse, a w lutym bieżącego uzbroiłam się w bilet na Paramore, nieśmiało przemknęło mi przez myśl, że może w tym roku jakimś cudem uda mi się zobaczyć wszystkie moje cztery tapetowe zespoły. Kwiecień zbliżył mnie do wymarzonego celu, przynosząc ze sobą wieści o sierpniowym najeździe szkotów na Kraków. Gdy więc Placebo ogłosiło trasę nowej płyty z Warszawą w pierwszym rzucie, serce we mnie urosło, a moje konto bankowe nieco schudło.
Marzenie się ziściło, tym samym czyniąc powoli mijający rok jednym z najlepszych.
Najpierw Muse (po raz trzeci, o czym przeczytać można tutaj), potem Paramore (po raz drugi), aż w końcu Biffy Clyro – po raz pierwszy.
 
Biffy Clyro; Coke Live Music Festival; Kraków; 9.08.2013

19/08/2013

Muse at Emirates

LONDON zdjęcia: part I, part II, part III, partIV
WSTĘP DO TEMATU: tutaj.

Wiecie jak to jest z marzeniami: z początku zawsze wyglądają niewinne, ale z czasem przybierają na sile do tego stopnia, że zaczynają dusić. Do koncertu odliczałam dni od 22 listopada. Łatwo z tego wywnioskować, że moja ekscytacja miała wystarczająco dużo czasu by urosnąć do niebotycznych rozmiarów. Już szczególnie, że moje koncertowe marzenie zeszło się z drugim, o znacznie dłuższym stażu: miałam w końcu zobaczyć Londyn. I to całkiem sama. W efekcie, przed koncertem tak naćpałam się Brytyjskim powietrzem, że w stronę stadionu zmierzałam kompletnie otumaniona emocjami – i to bynajmniej nie koncertowymi. Drugi dzień unosiłam się nad chodnikami i nie wyobrażałam sobie, żeby życie mogło być piękniejsze. Nie bardzo do mnie docierało, że oto nadszedł finał mojego wyczekiwania i odliczania, że to już, teraz, zaraz. Obawiałam się trochę, że z nadmiaru szczęścia i emocji rozpadnę się na drobne kawałki. Lub samoistnie wybuchnę.

03/01/2013

Bright Lights

Uśmiech przez łzy, znowu.
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, ani tego dobrego, co by się jakimś złem nie odpłaciło. Takie prawdy nigdy się nie zestarzeją.
To ten nastrój, przy którym nie wypada mi słuchać Muse. Te ich niezawodnie wywoływane wibracje w moim rozstrojonym sercu jakoś nie potrafią współgrać z zawieszeniem, w które popadam już kolejny wieczór z rzędu.
Fizycznie zresztą nie wiszę, tylko cierpliwie czekam, aż moje chwilowo otępiałe neurony w końcu dogadają się między sobą i postanowią wybrać to, co i tak wybieram zawsze. Nie każę im się zresztą spieszyć, bo i mentalna martwica ma swoje plusy. Przez krótką chwilę wyraźniej dostrzegam drugą stronę medalu. I choć i tak wiem, jaki będzie ostateczny wynik tego mojego niezdecydowania, doceniam każdą najmniejszą wątpliwość. 

29/11/2012

Muse in Poland

Kama mnie trochę wyprzedziła w kwestii relacji, dlatego część poniższego posta jest powtórką z rozrywki. Na żadne recenzje kusić się nie będę, z tej oczywistej przyczyny, że jako psycho-fanka nie potrafię na nich spojrzeć obiektywnie – tak więc po recenzje odsyłam w Google, do lepszych i gorszych fachowców, a po moje odczucia TUTAJ.
A poniżej krótka relacja z trzech najpiękniejszych dni w moim życiu ;)

Łódź od Tarnowa dzieli spora odległość, ale w doborowym towarzystwie kilkugodzinna podróż PKP była wyłącznie przyjemnością: nasz przedział był przedziałem bardzo radosnym i w Łodzi Kaliskiej wysiedliśmy w doborowych humorach ;)


25/11/2012

I've lived my dream

Nie ogarniam niczego.
Wszystko mnie dzisiaj zaczęło boleć, nie mogę się śmiać, nie mogę dotykać żeber, przez telefon z nikim nie umiem się porozumieć, a twarzą w twarz mogę jedynie szeptać. Ale to mnie tak cholernie cieszy! Bo to dowód, że nie śniłam. To działo się naprawdę.
To wielkie marzenie przemienione we wspomnienie nie do zdarcia. Kolejny punkt w moim 21 letnim życiu, do którego powrót samymi myślami będzie wywoływał uśmiech na twarzy i łzy szczęścia w oczach. Punkt, w którym naprawdę czułam, że żyję, całą sobą, pełną piersią, jakby świat miał się zaraz skończyć. Kolejny dzień, w którym świat po prostu nie mógł być ani odrobinę piękniejszy. Kolejne wspomnienie, które będzie dodawać siły, wiary i energii za każdym razem, gdy poczuję, że mi jej brakuje.

19/11/2012

FREAK OUT!

Chcę, żeby wszystko było idealnie. Zgrane, zsynchronizowane, zgodne ze skrupulatnie ułożonym planem, na czas, bez opóźnień i komplikacji. Pełnia szczęścia. Nie da się? Że niby zawsze zostaje jakieś „ale-bo” lub lekki powiew niepewności i niechcianej zależności od rzeczy/osób/zjawisk trzecich? Pierdu, pierdu, moi drodzy.
Trouble will surround you, start taking some control.

08/09/2012

Eska rock

Po całym dniu słuchania eski rock, mam przemyślenia.

Po pierwsze: to chyba jedyne polskie radio, które w pełni toleruję, jako dobre tło do szarej codzienności. Dwa razy poleciało moje tapetowe "Madness" (bezpretensjonalnie podkręcałam głośniki i wyłam jak posrana, bo przecież nie mogę tego NIE robić) i dwa razy "Oh Love" Greendaya, które ostatnio wyjątkowo głęboko wpadło mi w ucho. Fajne klimaty, bo nawet serwowany na weekend Happysad jest przyjemnie lekkostrawny dla mojego muzycznego żołądka (który, koniec końców, wcale nie jest taki znowu wrażliwy).

11/12/2011

Rozumiesz?

Jeśli nie wiesz co to ukochany zespół, nigdy nie zrozumiesz…
…tego przyjemnego uścisku w żołądku i ciepła rozlewającego się po ciele, gdy idziesz opustoszałą ulicą w słuchawkach przepełnionych Nimi.
…tej bezgranicznej, bezwarunkowej miłości do osób, których nigdy w życiu osobiście nie poznałeś, a które zdają się być lekarstwem na całe zło.
…tego niewytłumaczalnego przywiązania do Ich tekstów, jakby były pisane specjalnie dla Ciebie, tu i teraz.
…tej niewysłowionej radości, gdy usłysz w przeciętnym radiu, choć jeden Ich utwór.
…tej iskierki podniecenia, gdy słyszysz tak dobrze znane Ci dźwięki w trakcie filmu.
…tego nawyku, gdy po losowo zagranym utworze, mimowolnie nucisz sobie następną (w kolejności albumu) piosenkę.
…tej nieziemskiej siły i niewytłumaczalnej energii, która wraca do Ciebie za każdym razem, gdy Ich włączasz, jakkolwiek źle by nie było.
…tego uczucia dumy, gdy ludzie dziwią się, że znasz każdą Ich piosenkę na pamięć i nie masz ulubionej, bo każda coś dla Ciebie znaczy.
…tego niekończącego się strumienia inspiracji.
…tego poczucia, że żadne słowa nie wyrażą tego lepiej niż Ich piosenka.
…tego natychmiastowego ożywienia, gdy ktoś, nawet przez przypadek, wspomni Ich nazwę.  
…tego absolutnie metafizycznego doświadczenia, jakim jest pierwszy prawdziwy koncert.
…tej przenikającej jedności w tłumie pod sceną.
…tego zachwytu, gdy po dłuższej przerwie do Nich wracasz.
…tej nieprzejednanej potrzeby usłyszenia Jej/Jego głosu każdego dnia z osobna.
…tej niemożności choćby wyobrażenia sobie siebie bez Ich muzyki.
…tego poczucia spełnienia, gdy ktoś mówi Ci, że jesteś Ich największym fanem.
…tej euforii, gdy do Twojej złotej, drogocennej kolekcji przybywa kolejna płyta.
…tej ekscytacji przed, w trakcie i zaraz po wydaniu nowej płyty.
…tej żądzy mordu, gdy ktoś bezpodstawnie Ich obraża.
…tej niepowtarzalnej więzi zrozumienia między fanami.
…tego poczucia zajebistości, gdy kroczysz przez miasto z Ich logiem na piersiach.
…tego ciągłego odwoływania się do Ich muzyki, zachowań i tekstów.
…tego poczucia, że Ich muzyka kształtuje Twój światopogląd.
…tej pewności, że cokolwiek by się działo, Ich muzyka już zawsze będzie obok, nigdy Cię nie zawiedzie, nie zostawi, nie zrani, ani nie wyśmieje.
…tych łez szczęścia, gdy zdajesz sobie sprawę jak bardzo Ich potrzebujesz i jak bardzo jesteś wdzięczna, że Ich masz.  
…tego poczucia, że gdy Ich słuchasz, wszystko jest na swoim miejscu.
…tego jak wiele może dać muzyka.
Rozumiesz?

14/04/2011

My Muse

Nie słucham muzycznych gatunków. Słucham MUSE.
Ostatnio w nic nie wierzę bardziej, jak w moc ich muzyki.


A wpadłam na nich w najbardziej pospolity z możliwych sposobów. Był 7 grudnia 2008 roku, gdy siedząc w Krakowskim Multikinie na przedpremierowych pokazach pierwszej części „Zmierzchu” (nie zaprzeczę: miałam potężną fazę na książki) pierwszy raz usłyszałam Supermassive Black Hole. Piosenka zapadła mi w pamięć z jednego powodu: sądząc po pierwszych dźwiękach, spodziewałam się, że wokalista poruszy moje serce niebywałym basem, a tu mi wyskoczył Matthew James Bellamy z jego cienkim „oh, baby, don’t you know I suffer?”. Nie wiedzieć czemu, bardzo mnie to ujęło i po powrocie z kina Supermassive zostało moją tapetową piosenką. Ot, faza jakich wiele.

GRAFIKA

Wszystkie zdjęcia widniejące na blogu (łącznie z nagłówkiem) są mojego autorstwa :)