Miałam w swoim nastoletnim życiu to niebywałe szczęście, że moja mama pracowała (i wciąż pracuje) w wydziale kultury w moim mieście i od najmłodszych lat nauczona byłam chodzić do teatru, kina i na wystawy. Szkoda przecież, żeby się zaproszenia marnowały. Jasne, niektóre z nich były nudne, beznadziejnie lub kompletnie dla mnie niezrozumiałe, ale niektóre okazały się też mieć duży wpływ na moje życie. Wszystkie moje pierwsze, ważne i wciąż mocno wielbione filmy widziałam dzięki tarnowskiemu cyklowi Cinemarzenie (Eternal Sunshine of the Spotless Mind czy Before Sunrise) i TNF (Ogród Luizy czy Dziewczyna z Szafy), a wszystkie najważniejsze sztuki teatralne dzięki Talii (Kamienie w Kieszeniach czy Bóg Mordu). Gdyby ktoś mnie dziś zapytał za czym najbardziej tęsknię na obczyźnie (poza ludźmi oczywiście), bez wahania wymieniłabym te trzy wydarzenia.
Doskonale zdaję sobie sprawę, że gdyby wizyty na wernisażach i w teatrze nie były dla mnie normą od najmłodszych lat, prawdopodobnie nigdy nie zawędrowałabym na wystawy w Krakowie czy wzięła udział w krakowskim Fotomiesiącu. Ba, nie chodziłabym dziś z przyjemnością po edynburskich muzeach, a i samego Fringe’a omijałabym szerokim łukiem.
A i moja krótka historia z zeszłego roku nigdy by się nie wydarzyła!













