To niejako rozwinięcie mojego wywodu sprzed 7 lat.
Dużo się w życiu nasłuchałam zastrzeżeń do mojego ciągłego „rozkminiania”, nadinterpretowania, analizowania, bezustannego malowania większego obrazka i wiecznego nurkowania, byleby głębiej, w otchłań ludzkich bebechów (mentalnych, ma się rozumieć). Że przecież marnuję czas, życie, zasoby, energię. Że to bez sensu, że nie warto. Że to nienormalne. Że może jednak za dużo myślę i analizuję, a za mało faktycznie robię.
Przy mojej obsesji na punkcie bierności i aktywności, takie komentarze to istna woda na młyn Wewnętrznego Krytyka. Sen mi z powiek spędzały. No bo zamiast pisać fikcję i szkolić warsztat pisarski, ja namiętnie spisywałam te wszystkie rozkminy. Bywało, że po kilkanaście stron dziennie, maczkiem. I gdzie mnie to niby miało doprowadzić? Przecież tego nie wydam, żadnych pieniędzy z tego nie będzie. Więc może faktycznie marnuję czas?
Oj tak, mój pamiętnik bardzo długo był tajemnicą, przeszkodą, powodem do wstydu i niekończących się wyrzutów sumienia. Tak jakbym ich mało w swoim (wówczas katolickim) życiu miała…
No i przecież sama pisałam, że myślenie boli!
Więc jaki to wszystko ma niby sens?
A no właśnie ma, i to (dla mnie) coraz większy.